|
DYKTANDO Bladoniebieska pustułka i sczerniała wrona w szaroburym lesie. Bladoniebieska, arcymiła pustułka i jej długi dziób były ozdobą tego lasu. Sczerniała, ciemnooka wrona należała do tych, o których należałoby powiedzieć - niebrzydka. Obydwie stanowiły team w szaroburym lesie, do którego rzadko docierało słońce. Niestara wrona była takim ptakiem, który zjadłby wszystko, nawet niezdrową, różową i niewyżętą dżdżownicę. Pustułka nie lubiła takiego jedzenia, wolała wegetariańskie potrawy. Nigdy niczego nieświeżego nie spożywała. Jeśli już coś zażywała, to były to tylko homeopatyczne pigułki. Nigdy nie zajmowała się makroekonomią, megawatogodziny też jej nie interesowały. Wrona, która miała rodowód polsko-francuski ale pochodziła z Połoniny Wetlińskiej i pracowała w Instytucie Chemii Bioorganicznej Polskiej Akademii Nauk w Poznaniu, jeździła meleksem. Południowoeuropejscy przodkowie pustułki byli bardzo propolscy. Utrzymywali kontakty z Polonią kanadyjską i wszyscy byli polskojęzyczni. Marzeniem pustułki było pofrunąć do Nadrenii Północnej Westfalii, nie miała jednak kombinezonu przeciwodblaskowego. Była też ptakiem z gatunku prostoskrzydłych, więc mogłaby nie dać rady frunąć tak długo. Wrona w okamgnieniu liczyła w pamięci i miała zawsze przy sobie dziurawą z ekoskóry torebkę. Nie piła nigdy espresso, oranżady, tylko herbatę z dziurawcem i marzeniem jej była podróż do Abisynii. Wszystko różniło te dwa ptaki, oprócz tego, że oba zażywały leki przeciwcukrzycowe i miały uczulenie na żorżetę. Największą ich tajemnicą było jednak to, że wraz z ponadosiemdziesięcioletnim krukiem planowały po raz n-ty wyfrunąć i pobyć trochę na Pomorzu Zachodnim. Co z tego wyszło, nawet arcyłgarz nie byłby w stanie wywróżyć. Jedno jest pewne, nikt im nigdy nie odebrał nadziei.
|